27.07.2015

Marie Laveau - nowoorleańska Królowa Voodoo

Laleczki zgromadzone w Muzeum Voodoo

Luizjańskie voodoo wywodzi się z wierzeń afrykańskich i haitańskich. Do Nowego Orleanu dotarło w XVIII wieku, za sprawą niewolników ściąganych z zachodniej Afryki (dzisiejszy Benin) oraz uciekinierów z Haiti. Utworzyli oni zwartą kulturowo, francuskojęzyczną społeczność, która następnie przeszła na katolicyzm, łącząc płynnie religię chrześcijańską z rytuałami swoich przodków. 

Elementami wyróżniającym nowoorleańskie voodoo są słynne laleczki, uwielbienie do talizmanów i obecność charyzmatycznych kapłanek, zwanych królowymi voodoo, z których najsławniejszą była niewątpliwie Marie Laveau.





Turystyczna część Nowego Orleanu jest wprost nafaszerowana sklepikami sprzedającymi "magiczne" laleczki voodoo, gris-gris (talizmany i magiczne proszki) i inne zestawy do domowego hokus-pokus. Sama nie oparłam się pokusie i zakupiłam słodką, włóczkową laleczkę (zapewne wykonaną w Chinach;), która teraz dumnie stoi na straży naszego szczęścia, obok mini-totemu z Alaski oraz indiańskiego bożka kokopelli, nabytego od Indian Pueblo, w Arizonie. Na zdjęciu obok, wystawa jednego z takich czarodziejskich, nowoorleańskich sklepików.

Kapłanki voodoo (mambo) posiadały olbrzymią wiedzę z zakresu ziołolecznictwa. Trujące bądź lecznicze właściwości roślin, były podstawą magicznych rytuałów. Wykorzystywano również poświęcone świece, kadzidła, hostie, krzyże oraz oczywiście, uruchamiające wyobraźnię paznokcie, włosy, kości czy ofiary ze zwierząt (najczęściej pecha miały kurczaki...). 


Voodoo niesłusznie (głównie za sprawą popkultury) zwykliśmy utożsamiać z czarną magią, obrzędami, podczas których wbija się szpilki w laleczki, symbolizujące znienawidzoną osobę. Zabieg ten miał sprowadzić na nieszczęśnika śmierć, w najlepszym wypadku cierpienie fizyczne. W rzeczywistości laleczki najczęściej oznaczały osobę, o której zdrowie lub szczęście się modlono, a szpilki służyły do przypinania do tych kukiełek np. karteczki z imieniem lub pukla włosów. Choć oczywiście stosowano również zabiegi wkraczające w sferę czarnej magii.

Jeśli interesuje was obraz voodooo w popkulturze, to ze swojej strony polecam dwa przyzwoity filmy, z bardzo ciekawymi zakończeniami. Pierwszy to obraz Alana Parkera z młodziutkim, zupełnie niepodobnym do obecnego siebie, Mickey Rourke'iem. Mowa o filmie Angel Hart. Robert De Niro gra tu eleganckiego Lucyfera, a czarnoskóra Lisa Bonet, dziewczyna uwikłana w czarną magię, odsłania swoje piękne ciało. Obraz ma już swoje lata, ale dźwięk obracających się wolno wiatraków i zjeżdżających w nicość wind ciągle buduje odpowiedni klimat. Drugi film to bardziej współczesny Klucz do koszmaru (The Skeleton Key), gdzie bohaterka, grana przez Kate Hudson, zatrudnia się do opieki nad dwójką staruszków, żyjących na peryferiach Nowego Orleanu. Jako upiorna starsza pani występuje tu Gena Rowlands. 

Ale wróćmy do Królowej Voodoo. Prawda jest taka, że właściwie nic o niej nie wiemy na pewno. Jej matka była wolną, czarnoskórą kobietą, ojciec zaś był białym lub czarnym plantatorem. Według różnych biografii, Marie Laveau, podczas swojego długiego życia (1794-1881), parała się ponoć zarówno importem alkoholu, prowadzeniem burdelu jaki i - to najważniejsze dla całej historii - fryzjerstwem. Mając już wtedy ugruntowaną pozycję kapłanki voodoo, prośbą lub groźbą wyłudzała informacje od czarnych służących pracujących w domach bogatych, białych, wpływowych osób. Jako fryzjerka zamożnych kobiet z dobrego towarzystwa, stawała się powiernicą wielu plotek i sekretów, które następnie sprytnie wykorzystywała do swoich celów. Zgłaszali się do niej politycy, biznesmeni, prosząc o prośby i porady. Mówi się jednak, że ona zawsze na pierwszym miejscu stawiała tych, którym w życiu było pod górkę. Biednych, chorych, uciekinierów, więźniów. Była blisko związana z wiarą katolicką, wplatała figury i postaci katolickich świętych do swoich obrzędów. Urodziła - wg różnych źródeł -  od kilku do 15 dzieci. Lecz tylko jedno z nich, córka, również o imieniu Marie, odegrała istotną rolę w kulcie voodoo. Mówi się, że była bardzo podobna do matki i wychowywana z dala od ludzkich spojrzeń. Gdy Marie Laveau I byla bliska śmierci, płynnie zastapiła ją jej córka. Ludzie byli przekonani, że Marie oszukała czas, odmłodniała i żyła ponad 100 lat. Ponoć Marie Laveau II była mniej uzdolniona w zakresie czarów, miała natomiast niesamowity dar przyciągania do siebie ludzi. Podobno, podczas Nocy Świętojańskiej (święty dzień dla wyznawców voodoo) ściągnęła w 1874 roku nad brzeg jeziora Pontchartrain, kilkanaście tysięcy ludzi, białycj i czarnych, by wspólnie odprawić magiczne  rytuały.

Obie Marie, najsławniejsza mambo i jej córka, spoczęły we wspólnej krypcie , należącej do rodziny Glapion, partnera (lub, jeśli wolicie, konkubenta) tej pierwszej, na najstarszym, nowoorleańskim cmentarzu, Saint Louis I (poprzednie zdjęcie). To, co z początku momencie możecie uznać za śmietnik, to w rzeczywistości tokeny, różne małe podarunki, amulety, pamiątki, które ludzie przynoszą królowej voodoo wierząc, że spełni ich prośby.

Zapewne, ilu przewodników oprowadzających po cmentarzu St Louis I, tyle metod na skuteczne wypowiedzenie życzenia, przy grobie Marie Laveau. Niektórzy twierdzą, że trzeba zapukać w kryptę 3 razy, 3 razy okręcić się wokół siebie, wypowiedzieć życzenie i znów zastukać w kamień. Dawniej dodawano jeszcze, że na grobie należy wyryć, jako swój podpis, XXX (ponoć zwyczaj wziął się z czasów, gdy wielu było niepiśmiennych, lub tez nie chciało ujawniać swej tożsamości) i gdy życzenie się spełni, przyjść ponownie i przekreślić krzyżyki. Pamiętajcie jednak, że obecnie traktuje się tę praktykę jako zwykły akt wandalizmu.


Z myślą o tych z Was, które cierpią z powodu nieodwzajemnionej miłości, postanowiłam zamieścić zaklęcie Marie Laveau, które powinno pomóc (powyżej;). Teraz pozostaje wam tylko zwędzić ukochanemu rękawiczkę (być może będziecie musiały poczekać do zimy) i nabyć nieco stalowych opiłków i voila! Miłość po grób zapewniona! 



Na zakończenie opowieści, jeszcze pokażę Wam najbardziej nieoczekiwany eksponat, wypatrzony przez nas w Muzeum Voodoo. Tak, na obrazku widnieje nie kto inny, tylko Matka Boska Częstochowska. Mamy więc i akcent polski, w tym egzotycznym tyglu wierzeń...

2 komentarze:

  1. świetny post
    http://fashionbyalexandra1999.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Faktycznie eksponat zaprezentowany na samym końcu zaskoczył mnie całkowicie... Wracając do początku wpisu, to czasem by mi się taka laleczka przydała na niegrzecznych sąsiadów :)

    OdpowiedzUsuń

Masz coś do dodania? Chcesz o coś zapytać? Będzie nam bardzo miło, jeśli zechcesz skomentować nasz wpis:)

Prawa autorskie

Fotografie i teksty zamieszczone na tym blogu są naszą własnością. Wszelkie kopiowanie, powielanie i publikowanie może odbyć się wyłącznie za naszą zgodą. Chcesz wykorzystać naszą pracę- skontaktuj się z nami: zawszewdrodze@gmail.com