25.04.2013

Where Owls Are Not What They Seem - North Bend czyli Twin Peaks

Jako niestrudzeni poszukiwacze miejsc kultowych/popkulturowych oraz jako wielcy fani Twin Peaks, nie mogliśmy nie umieścić tego miejsca na naszej trasie. Pamiętam jak dziś, kiedy oglądałam pierwszy, pilotażowy odcinek. Siedziałam na ciemnej stołówce schroniska Samotnia w Karkonoszach, miałam 7 albo 8 lat, nie wiem czy bardziej się bałam, czy bardziej byłam zafascynowana tym, co leżało na brzegu rzeki, owinięte w kawałek folii.  Następne wakacje, które tak silnie odcisnęły się na mojej psychice to był mój pierwszy wyjazd do Azji, kilkanaście lat później. Ale dość o mnie. Pozwólcie, że zaproszę Was dziś śladami Laury Palmer, Agenta Coopera oraz Boba, w miejsce, gdzie sowy nie są tym, czym się wydają, gdzie pieńki mają swoje tajemnice, do miejsca nawiedzanego przez mówiące wspak karły i olbrzymy, gdzie serwują cholernie dobrą kawę...

Miasteczko Twin Peaks to w rzeczywistości North Bend, niewielkie, ale zdające się całkiem prężnie prosperować miasteczko, położone niecałą godzinę drogi na wschód od Seattle. Nie ma w sobie nic z mrocznej i klaustrofobicznej atmosfery serialowego odpowiednika (czym, nie da się ukryć, byliśmy troszkę rozczarowani:) Swoje pierwsze kroki skierowaliśmy do Informacji Turystycznej, gdzie otrzymaliśmy cudnie naiwną w swojej prostocie mapkę, przygotowaną dla takich świrów jak my:)

Naszym kolejnym celem był serialowy Great Northern Hotel (obecnie luksusowe SPA) położony nad majestatycznym wodospadem Snoqualmie. Ogłuszający huk, z którym na wiosnę masy rzeki przelewały się nad krawędzią i chmury wznoszącej się wszędzie dookoła nas wodnej mgiełki przyprawiły mnie o dreszcze, gdy próbowałam, na dnie wąwozu, wypatrzyć miejsce, gdzie odnaleziono Laurę Palmer,  wrapped in a plastic bag.

A teraz coś dla ciała i dla ducha. Graffiti na ścianie nie pozostawia wątpliwości, że trafiliśmy do TEGO miejsca, gdzie serwują duet, który podbił serce Dale'a Coopera: cherry pie & damn fine cup of coffee:)
Kultowy Double R Dinner, obecnie Twede's Cafe
Kelnerka, ku rozczarowaniu Tomka zupełnie niepodobna do Shelly Johnson, ale za to serdeczna i zabawna, przyniosła nam menu. Chyba tylko tak dla formalności, bo i tak wszyscy w barze zamawiali to samo...
Ok, a teraz chwila szczerości, ciastko było ciut lepsze niż te, które zwykle podają w przydrożnych barach w takich mieścinach, ale kawa.... no cóż... taka jak zawsze, czyli not so damn fine. I wiecie jak to jest w amerykańskich dinnerach, człowiek chce kulturalnie pokazać, że mu smakuje, że pije tę ciemna wodę i co upije 2 łyczki, natychmiast kelnerka o szerokich biodrach i szerokim uśmiechu robi dolewkę:)
A tak wygląda wnętrze baru. W wielu miejscach wiszą plakaty/wycinki/memorabilia wszelakie nawiązujące do serialu i filmu Ogniu krocz za mną. Uważam, że to punkt obowiązkowy dla każdego oddanego fana:) Poza tym pamiętajcie, że w Stanach jest coraz mniej prawdziwych dinnerów, wypierają je sukcesywnie różne sieciowe fast foody, a atmosfera w nich panująca pozwala nam się przez chwilę choć poczuć, jakbyśmy statystowali w naszym ulubionym serialu z młodości, nie ważne czy będą to Cudowne Lata czy Twin Peaks:) Gorąco polecam takie miejsca, można się w nich często spróbować fast foodów, które nie są junk foodami, tylko małymi dziełami kulinarnymi (polecam nasz ukochany Milt's w Moab).
Odkąd serialowy tartak Packardów zaprzestał działalności, North Bend zamieniło się w spokojną sypialnię dla mieszkańców stolicy Stanu. Liczba ludności rośnie co roku, obecnie dobija do 6k.
Takie widoki na drogach nie należą do rzadkości i nie pozwalają zapomnieć, co tak naprawdę jest największym skarbem tych terenów.
Ok, pamiętacie kadr z Ronette Pulaski, całą w sińcach i zadrapaniach, w podartej koszulce, idącą  w transie przez tory kolejowe? So this is it. Ciary!!!
Chyba z godzinę spędziliśmy studiując napisy zostawiane przez podobnych nam freaków wypisujących, że Agent Cooper tu był:)

Ok, mam nadzieję, że udało mi się przekazać fanom serialu choć troszkę emocji i radości, którą dała nam ta wycieczka. Ponieważ gusta nasze są delikatnie mówiąc zróżnicowane, dlatego w następnym odcinku naszej podróży, jako kontynuację filmowych ekscytacji, po Forks i Twin Peaks zabierzemy Was do Cicely :) 



02.04.2013

Experience Music Project - Seattle


W Seattle, stolicy grandżu, Starbunia i deszczowej pogody spędziliśmy ledwie dwa dni. Jak już pewnie zauważyliście, nie jesteśmy "miastowi" i do dużych metropolii wpadamy w konkretnym celu, by znów uciec do lasu:) Celem w Seattle było EMP Museum. Olbrzymia, fantastyczna bryła zaprojektowana, a jakże, przez Franka O' Gehry'ego, skrywa w swoim wnętrzu niepokojącą mieszankę eksponatów z zakresu muzyki, sci-fi i pop kultury. Dla nas absolutny must see. Bilet 20$.
Jak zwykle Amerykanie ujęli nas dbałością o szczegóły. Jak przystało na miasto z rekordową ilością deszczowych dni, przy wejściu stał stojak z torebkami na mokre parasole:) W sklepiku z pamiątkami także można zostawić majątek, obok oczywistych gadżetów w postaci koszulek, płyt czy książek, możemy na przykład nabyć łopatkę do naleśników w kształcie gitary czy też laleczki wzorowane na muzykach grupy KISS
Muzeum nastawione jest w dużej mierze na wystawy czasowe. Podczas naszej wizyty trafiliśmy na projekty poświęcone Nirvanie, AC/DC, horrorom i filmowi Avatar, Poza tym znajdziemy tam salki, w których możemy spróbować sobie pograć na różnych instrumentach, obejrzeć filmy o tematyce, oczywiście, muzycznej oraz zapoznać się z całą masą multimedialnych ekspozycji.
Ani ja, ani Tomi, nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy wielkimi fanami Nirvany. Mimo tego, wystawa zrobiła na nas duże wrażenie. Kasety demo, ręcznie spisane setlisty, potrzaskane gitary- wow!
Tu na przykład mamy projekt najsławniejszej okładki wszechczasów. Z dopiskiem: If anyone has problem with his dick, we can remove it":)
I kultowy eksponat z okładki drugiego historycznego krążka

A tu już przestrzenie poświęcone AC/DC
I rękopis Highway to hell. Rock!!!
A tu przenosimy się na prezentację dokumentującą historię horrorów. Specjalnie dla Was taka mapka, żebyście wiedzieli na co gdzie uważać podróżując po Ameryce. Z ciekawostek: jest tam taka budka, w której można krzyczeć, a fotki dokumentujące ten krzyk można potem oglądać tutaj:) Były tam też nożycoręce Edwarda, kołek Buffy oraz siekiera z Lśnienia. 
Ok, żeby nie było, że nie wychyliliśmy nawet nosa poza EMP. Otóż troszkę się jednak powłóczyliśmy po mieście, tym bardziej, że pogoda, jak na Seattle, była wyborna! Zahaczyliśmy oczywiście o Pike Place Market (bardzo turystyczne miejsce, strasznie dużo ludzi, takie połączenie deptaku handlowego i ryneczku), bo nie mogliśmy sobie odmówić wizyty w pierwszym na świecie Starbucksie. Kolejka, jak widać, sięgała daleko za drzwi. I jak widać, nie tylko "zwyczajnych" turystów to miejsce przyciąga;) Do kawki dokupiliśmy sobie "piroshky" w nie mniej kultowej rosyjskiej piekarni, te nas jednak nieco rozczarowały...
Seattle wiosną: bezchmurne niebo, widok na zatokę i góry, mnóstwo współczesnej sztuki na ulicach. Dobre miejsce do życie. Tak to zapamiętam.  Absolutnie w moim Top5 amerykańskich miast.

Prawa autorskie

Fotografie i teksty zamieszczone na tym blogu są naszą własnością. Wszelkie kopiowanie, powielanie i publikowanie może odbyć się wyłącznie za naszą zgodą. Chcesz wykorzystać naszą pracę- skontaktuj się z nami: zawszewdrodze@gmail.com