02.04.2013

Experience Music Project - Seattle


W Seattle, stolicy grandżu, Starbunia i deszczowej pogody spędziliśmy ledwie dwa dni. Jak już pewnie zauważyliście, nie jesteśmy "miastowi" i do dużych metropolii wpadamy w konkretnym celu, by znów uciec do lasu:) Celem w Seattle było EMP Museum. Olbrzymia, fantastyczna bryła zaprojektowana, a jakże, przez Franka O' Gehry'ego, skrywa w swoim wnętrzu niepokojącą mieszankę eksponatów z zakresu muzyki, sci-fi i pop kultury. Dla nas absolutny must see. Bilet 20$.
Jak zwykle Amerykanie ujęli nas dbałością o szczegóły. Jak przystało na miasto z rekordową ilością deszczowych dni, przy wejściu stał stojak z torebkami na mokre parasole:) W sklepiku z pamiątkami także można zostawić majątek, obok oczywistych gadżetów w postaci koszulek, płyt czy książek, możemy na przykład nabyć łopatkę do naleśników w kształcie gitary czy też laleczki wzorowane na muzykach grupy KISS
Muzeum nastawione jest w dużej mierze na wystawy czasowe. Podczas naszej wizyty trafiliśmy na projekty poświęcone Nirvanie, AC/DC, horrorom i filmowi Avatar, Poza tym znajdziemy tam salki, w których możemy spróbować sobie pograć na różnych instrumentach, obejrzeć filmy o tematyce, oczywiście, muzycznej oraz zapoznać się z całą masą multimedialnych ekspozycji.
Ani ja, ani Tomi, nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy wielkimi fanami Nirvany. Mimo tego, wystawa zrobiła na nas duże wrażenie. Kasety demo, ręcznie spisane setlisty, potrzaskane gitary- wow!
Tu na przykład mamy projekt najsławniejszej okładki wszechczasów. Z dopiskiem: If anyone has problem with his dick, we can remove it":)
I kultowy eksponat z okładki drugiego historycznego krążka

A tu już przestrzenie poświęcone AC/DC
I rękopis Highway to hell. Rock!!!
A tu przenosimy się na prezentację dokumentującą historię horrorów. Specjalnie dla Was taka mapka, żebyście wiedzieli na co gdzie uważać podróżując po Ameryce. Z ciekawostek: jest tam taka budka, w której można krzyczeć, a fotki dokumentujące ten krzyk można potem oglądać tutaj:) Były tam też nożycoręce Edwarda, kołek Buffy oraz siekiera z Lśnienia. 
Ok, żeby nie było, że nie wychyliliśmy nawet nosa poza EMP. Otóż troszkę się jednak powłóczyliśmy po mieście, tym bardziej, że pogoda, jak na Seattle, była wyborna! Zahaczyliśmy oczywiście o Pike Place Market (bardzo turystyczne miejsce, strasznie dużo ludzi, takie połączenie deptaku handlowego i ryneczku), bo nie mogliśmy sobie odmówić wizyty w pierwszym na świecie Starbucksie. Kolejka, jak widać, sięgała daleko za drzwi. I jak widać, nie tylko "zwyczajnych" turystów to miejsce przyciąga;) Do kawki dokupiliśmy sobie "piroshky" w nie mniej kultowej rosyjskiej piekarni, te nas jednak nieco rozczarowały...
Seattle wiosną: bezchmurne niebo, widok na zatokę i góry, mnóstwo współczesnej sztuki na ulicach. Dobre miejsce do życie. Tak to zapamiętam.  Absolutnie w moim Top5 amerykańskich miast.

3 komentarze:

  1. kilka godzin zajęło mi przeglądanie waszego bloga, ale nie mogłam się oderwać! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nastepnym razem zahaczcie koniecznie o Fremont!:)

    OdpowiedzUsuń

Masz coś do dodania? Chcesz o coś zapytać? Będzie nam bardzo miło, jeśli zechcesz skomentować nasz wpis:)

Prawa autorskie

Fotografie i teksty zamieszczone na tym blogu są naszą własnością. Wszelkie kopiowanie, powielanie i publikowanie może odbyć się wyłącznie za naszą zgodą. Chcesz wykorzystać naszą pracę- skontaktuj się z nami: zawszewdrodze@gmail.com