30.11.2011

Waikiki Beach

Waikiki Beach, brzmi magicznie. Wyobrażamy sobie złocisty piasek i turkusowe morze. Jest w tym oczywiście ziarnko prawdy, aczkolwiek ta jedna z najsławniejszych plaż na świecie jest obecnie zbyt skomercjalizowana, by być naprawdę piękną.
Dawniej na brzegu stały świątynie poświęcone surfingowi, właśnie tak, surfingowi! Dziś cienki pasek plaży oddziela ocean od ściany olbrzymich hoteli.
Ponoć woda w okolicach Waikiki jest bardzo brudna, jak widać nie zniechęca to dziesiątek surferów.
Ojciec współczesnego surfingu, Duke Paoa Kahanamoku, jego pomnik zawsze ozdabiają świeże lei, wieńce kwiatów.



Dawni hawajscy władcy surfowali nago na kilkumetrowych deskach

Gdy zbliża się zachód słońca, oczy wszystkich skierowane są w stronę linii styku nieba i oceanu. Na Waikiki można czasem, bardzo rzadko, zaobserwować coś zwanego zielonym błyskiem, kiedy ostatni skrawek słońca znika za horyzontem. Nam się niestety nie udało tego doświadczyć.

29.11.2011

Big Island dzień ostatni czyli najfajniejsze na deser:)

Przez pierwszą połowę ostatniego dnia naszego pobytu na rajskiej wyspie Hawaii pływaliśmy, ba, nawet więcej! nurkowaliśmy w cudnej koralowej zatoczce w Kahaluu Beach Park, gdzie na tle czarnego wulkanicznego piasku tańczyły psychodelicznie kolorowe rybki. I nie mówię tu o jakichś małych gdzie-jest-Nemo-rybkach. To były solidne, kilkudziesięcio centymetrowe stworzenia. Turkusowe, pomarańczowe, w paski i prążki. I jeszcze wielgachne półmetrowe żółwie! To było coś niesamowitego. Wynajęcie płetw i maski na cały dzień to tylko 10$ i są to najlepiej wydane pieniądze na Hawajach. Troszkę nas ta atrakcja zdrowia kosztowała, bo jak pewnie część z Was wie, staramy się żyć ekologicznie, w zgodzie z naturą, nie krzywdząc naszych braci mniejszych. Więc jak tylko dowiedzieliśmy się, że kremy UV są zabójcze dla rafy i ryb tropikalnych, postanowiliśmy się poświęcić. Słońce na wyspach jest bardzo zdradliwe, niebo niby zachmurzone, godzina, dwie pływania i przez najbliższy tydzień mogliśmy spać już tylko na brzuchu. Ale było warto. Zdjęć, niestety, z powodu braku odpowiedniego podwodnego ekwipunku nie mamy:(

Drugą połowę dnia spędziliśmy na targu w największym na wyspie mieście Kona. A tam same hawajskie specjały. Cudowna kawa Kona, orzechy makadamia we wszelkich wersjach i clou programu, czyli owoce tropikalne o jakich nawet nam się nie śniło. Powstanie o nich oddzielny post, tym razem mamy duuużo zdjęć. A tymczasem jeszcze kilka fotek z pięknej Big Island.

Jedno z najpopularniejszych (i słusznie) miejsc na Big Island. Azyl. Jeśli ktoś naruszył kapu, czyli złamał tabu, skazywany był na śmierć. Chyba że zdążył dopłynąć do tego właśnie miejsca, zanim został pojmany. Tu, pod okiem kapłanów, przechodził rytuały oczyszczenia, swoistą pokutę.

Jak się nazywa ten dawny azyl? To proste: Puuhonua o Hanaunau National Historical Park:D

Absolutnie uroczy kościółek św. Benedykta w Honaunau

W pierwszym momencie myśleliśmy, że te figury nie mają głów. Po wnikliwej analizie okazało się, że głowy skryły się w zwojach łańcuchów z muszli, które przynoszą wierni.

Prośba o datki w kościele. Taka prosta, od serca.

Śniadanie mistrzów, czyli papaje na plaży

Turkusowa woda na Hawajach, nawet kiedy jest pochmurno wygląda niezwykle zachęcająco

Surfing na Hawajach to przedmiot kultu. Dziś może nieco w przenośni, dawniej całkiem dosłownie.

Żegnamy kolejny dzień i Wielką Wyspę. Czas lecieć do Honolulu:)

17.11.2011

Hawaii: Green Sand Beach i Volcano National Park

Kolejny dzień na rajskich wyspach, ale dziś krajobrazy mają być piekielne. Jedziemy do Parku Narodowego Wulkanów. Pierwsze kroki kierujemy na południe wyspy. Jest to najdalej na południe wysunięty punk US. my chcieliśmy tu odnaleźć sławną Zieloną Plażę. Zielony piasek to rozdrobniony oliwin, półszlachetny kamień, występujący na Islandii i na Księżycu. I na tej jednej hawajskiej plaży.

Na hawajskich plażach łatwiej o piękny fragment rafy niż o zielony piasek.

Droga do Green Sand Beach

Kipuka Puaulu, czyli Ptasi raj. Zwróćcie uwagę na szare, pokryte popiołem dorosłe drzewa. Kipuka to wyspy roślin pośród pól lawy. W ptasim raju donośnie rozbrzmiewa śpiew barwnych ptaków, ale żeby je dostrzec trzeba mieć już więcej szczęścia lub czasu.

W okolicy Siarkowych brzegów i Kominów pary, ziemia dymi nam się pod stopami. Wkraczamy do królestwa bogini Pele.




Park planowaliśmy objechać dookoła drogą Crater Rim, wiodącą wokół kaldery Kilauea. Niestety, jak podkreślają strażnicy, przyjeżdżając do parku trzeba być elastycznym. Wulkany są nieprzewidywalne. Trasa wokół kaldery jest w połowie zamknięta z powodu zbyt dużego stężenia trujących oparów w powietrzu.

Najpopularniejszy szlak w parku wiedzie dnem tej kaldery.
Tak to wygląda w zbliżeniu. Popękana, pofałdowana lawa, w wielu miejscach unosi się para.
Skoro Crater Rim Drive jest zamknięta, postanawiamy przejechać się drogą Łańcucha kraterów. Trasa jest fantastyczna, polecamy wszystkim. Po minięciu kilku starych kraterów, dojeżdżamy nad ocean. Od tego miejsca  Chain of Craters Road jest zamknięta. Zostawiamy samochód i dalej idziemy pieszo.

Dochodzimy do miejsca gdzie kończy się droga, a zaczyna pole lawowe. Ten strumień lawy rozlał się kilka lat temu. Spokojnie więc możemy sobie po nim pospacerować.
Gdyby jeszcze były jakieś wątpliwości:)

Jak okiem sięgnąć tylko czarne pola lawy. Weźcie dobre buty, bo wulkaniczne szkliwo jest piekielnie ostre i twarde.

Pole lawy kończy się wulkanicznym klifem, o który z hukiem rozbijają się olbrzymie fale. Jeśli stać nas na wynajęcie łodzi lub helikoptera, płynąc wzdłuż klifów można dotrzeć do miejsca, gdzie lawa wciąż ulewa się do wody, wzbijając kłęby pary, w momencie zetknięcia się płynnej skały z oceanem.
Widok za milion $. Przed nami zachód słońca nad oceanem, za nami dymiące wulkany.

16.11.2011

Big Island- droga na północ wyspy

Znów wczesna pobudka i w drogę. Tym razem na północ wyspy.  Jadąc drogą nr 19 przecinamy rozległe pole lawowe, a na nim setki napisów poukładanych z białych kawałków rafy na czarnym, wulkanicznym podłożu.  Docieramy do ubóstwianego ponoć  przez gwiazdy miasteczka Waimea. Po zaopatrzeniu się w wyborną kawę jedziemy dalej, w stronę oceanu. Jesteśmy na północno wschodnim cyplu wyspy, pogoda jeszcze ładna, wietrznie, bardzo gorąco. Dojeżdżamy do Waipio Valley. Piękne miejsce. Z punktu widokowego wiedzie droga, przejezdna dla aut 4x4, na dno doliny i do najwyższych na wyspie wodospadów Hiilawe. Ale my z braku czasu, chęci i auta z napędem 4x4 rezygnujemy.
Po drodze mijamy szereg niewielkich miejscowości. W jednej z nich natrafiliśmy na uroczy cmentarz. Nie mogliśmy go ot tak zwyczajnie minąć.
 


W maleńkim Honokaa- tablica z kinowym repertuarem. Nostalgiczne cinema paradiso.

A poza tym łąki, łąki, łąki. W końcu te rejony to obszar największego w Stanach prywatnego Rancza Parkerów.

Jedziemy na drugą  stronę półwyspu do doliny Pololu. Tym razem nie odpuszczamy i dzielnie w tym niesamowitym skwarze schodzimy na sam dół doliny. Widok na błękitno-zielony, wyrastający prosto z morza szereg klifów jest bezcenny.  Jeden z najładniejszych jakie widziałam w życiu.

Wracamy przez małą miejscowość Kapa’au gdzie stoi oryginalny posąg Kamehamehy. Ten sam, który zatonął na Falklandach podczas transportu do Honolulu.

Drogą 270 zmierzamy na północ do Lapakahi SP. Na Hawajach dużą zaletą jest to, że większość  atrakcji jest darmowa, nigdzie też (poza Honolulu) nie musieliśmy zapłacić za parking. Nigdy bym się nie spodziewała, że taki dream destination jest wolny od nachalnej komercji i różnych niefajnych chwytów wymierzonych w turystów. W skansenie stoi gliniana waza na wolne datki i darmowe plany terenu. Udostępniono tu do zwiedzania dawne zabudowania wyspiarzy. Natomiast budynki świątynne i królewskie oglądamy kawałek dalej w Puukohola heiau. 
Dzień kończymy na absolutnie fantastycznej plaży Hapuna. Biały piaseczek, czyste, twarde dno, spokojna, ciepła  woda, nigdy pływanie w morzu/oceanie nie sprawiło mi takiej frajdy. O tej porze dnia wszystko wygląda jak płynny jedwab. Ma ten sam niewiarygodny kolor pudrowego różu. Unosząc się na spokojnych falach jestem absolutnie szczęśliwa.


09.11.2011

Big Island- wschodnia strona wyspy

O 5 rano budzi mnie pianie kogutów. Chwilę leżę w całkowitej ciemności i nasłuchuję. Kiedy ostatnio słyszałam takie odgłosy? Stęskniłam się za nimi. Budzę Tomka, jemy po kawałku zimnej pizzy z wczoraj, zagryzamy  pączkiem (no comments) i godzinę później jesteśmy już na trasie do Hilo. Wszystko spowija delikatna mgiełka, nie wiadomo gdzie kończy się ocean, a zaczyna skalista plaża i bezkresne niebo.  Przejeżdżamy przez tereny Volcano NP., ale to nie on jest dzisiejszym celem naszej trasy, tylko najbardziej deszczowe miasto Stanów (sorry Seattle). 

Na trasie do Hilo mijamy dymiące wulkany
Hilo, drugie największe miasto na wyspie, jest maleńkie, urocze, niezepsute przez turystów, których niewielu tu przyjeżdża, zła sława deszczowej aury odstrasza skutecznie.


  Wpadamy na trochę do ogrodów Liliuokalani, ładne, naturalne, ponoć największy ogród japoński na wschód od wschodu.

Japońskie ogrody w Hilo
Dalej na północ obieramy drogę widokową przez las deszczowy aż do Akaka Falls.

Wodospad i prowadzący do niego szlak wśród wspaniałych kwiatów, paproci i drzew, z których zwisają liany, jest absolutnie godzien polecenia.

Akaka Falls



W drodze zatrzymujemy się w przydrożnej knajpce. Tomi je veggie wrapa z papają i kiełkami, a ja rozkoszuję się tutejszą kawę Kona, ponoć najlepszą na świecie. Razem 13$. Zaliczamy jeszcze Tęczowe wodospady z malowniczą sadzawką. Niestety bez tęczy, bo tymczasem niebo zaciągnęło się już zupełnie.


Zawracamy. W drodze powrotnej wpadamy na Lava Trees Trail. Stoją tu  oblepione lawą kikuty spalonych drzew.  Stąd już tylko kawałek drogi  dzieli nas od przylądka, który jakiś czas temu został całkowicie zniszczony przez lawę. Ocalała jedynie latarnia morska, którą strumień płynnego ognia  ominął dosłownie o metr, może dwa. Niewiarygodny krajobraz, jak okiem sięgnąć tylko ocean i wielkie bryły czarnej skały.

Ostatni punkt naszej dzisiejszej trasy to Black Sand Beach. Plaża także zniszczona przez lawę. Obecnie brzeg porosły rudawe porosty,  po których biegają czarne jak węgiel kraby.

W budzie obok lokalsi urządzili sobie rodzinną imprezę z karaoke, wzburzony ocean tłumi ich głosy. Mimo iż jest pochmurno, woda ma  intensywnie turkusowy kolor.

Wracamy w strugach deszczu, dzień kończymy w okolicznej knajpy Paparoni's Pizza & Pasta, ja wcinam penne z sosem serowym, a Tomi spaghetti z rybą ahi i kaparami. Do mojego dania kucharz dorzucił serce palmy. Obsługa wspaniała, kelnerka przyjęła zamówienie, właściciel przyniósł nam danie do stolika, kucharz przyszedł zapytać czy nam smakowało, ale wszystko w takiej swojskiej atmosferze, żadne tam ą-ę. Razem z 2 herbatkami, pieczywem czosnkowym i tipem 33$.

Prawa autorskie

Fotografie i teksty zamieszczone na tym blogu są naszą własnością. Wszelkie kopiowanie, powielanie i publikowanie może odbyć się wyłącznie za naszą zgodą. Chcesz wykorzystać naszą pracę- skontaktuj się z nami: zawszewdrodze@gmail.com