09.08.2011

Garage sale czyli wyprzedaże garażowe w USA

Garage sale, jeśli "tubylcy" robią akurat porządki w swoich garażach lub też yard sale, jeśli porządkują domy i wystawiają swoje niepotrzebne skarby na trawnikach, to niezwykle popularny sposób na pozbywanie się z domu różnych staroci i niezwykle charakterystyczny element krajobrazu w Stanach Zjednoczonych. Dla bywalców tychże wyprzedaży są one znakomitą okazją na kupienie za bezcen różnych różności i obdarowanie ich nowym życiem. Mają też one coś z atmosfery pikniku z sąsiadami. Długo się opierałam przed wizytą w czyimś garażu:), ale Tomi nalegał. Wszak to kwintesencja mieszkania w podmiejskich dzielnicach metropolii. Ręcznie wypisane karteczki z adresem przyklejone do latarni kuszą w każdy weekend. Skusiliśmy się i my. W poszukiwaniu kluczy do roweru wybraliśmy się po sąsiedzku na wyprzedaż garażową. Właściwie to Tomi się wybrał, ja postanowiłam zaczekać w aucie, jak już wspominałam nie lubię grzebać w starych rzeczach. Tomi przybiegł po mnie po 2 minutach. Z emocji trzęsły mu się ręce i myliły języki:) Z mieszanki polsko-angielskich wulgaryzmów wywnioskowałam, że warto przyjrzeć się jego znaleziskom. Otóż okazało się, że wyprzedaż urządzał chłopak-muzyk, który jeszcze niedawno słuchał dokładnie takiej muzyki jak my. Pośród ciuchów i butów znaleźliśmy dwa kartony pełne płyt. Wszystko było strasznie zakurzone, syf z gilem, oddzielnie okładki, oddzielnie płyty, totalny miszmasz. W 40'C upale, usiedliśmy na chodniku i przez 2 godziny kompletowaliśmy nasze znalezisko. W końcu uzbieraliśmy pełen karton dobroci zawierający 55 CD (DT, Blackfield, Marillion, Dredg, Spock's beard, Kansas, Porcupine Tree, Flower Kings, Opeth, Transatlantic...), wiele w digipackach , z autografami, podwójnych, oficjalnych bootlegów, 12 DVD, parę pamiątkowych książek z koncertów, głównie Dream Theater, struny do gitary i kilka pomniejszych cudowności. Sporo muzyki filmowej, np z Edwarda Nożycorękiego, cudowne wydanie Władcy pierścieni, chyba ze 3 płyty z muzyką ze Star Wars, długo by wymieniać. Zapakowaliśmy to wszystko i zapytaliśmy naszego nowego ulubionego kolegę: ile? Czekaliśmy jak na wyrok. Coś tam pogrzebał w naszym pudełku, już się baliśmy, że się rozmyśli, mruknął cenę pod nosem. Upewniamy się, że powiedział 50$ (fifty), ale okazuje się, że chodziło mu o 15$ (fifteen). Tomi prawie rozpłakał się ze szczęścia, to było dla nas jak Boże narodzenie w środku roku, za cenę jednej płyty wynieśliśmy całe pudło bezcennych dla nas rzeczy. Chyba staniemy się częstymi bywalcami garage sales... Ciągle nie mamy kluczy rowerowych:)

Tomi w akcji



That's what we call paradise:) Fragment naszej zdobyczy, tu już ładnie porozkładany i wyczyszczony:)

4 komentarze:

  1. Hej.
    Jakimi liniami polecieliscie do USA. Lot oferuje za 2900 a wy polecieliscie za 1500.

    OdpowiedzUsuń
  2. Skąd takie dane, że nasze bilety kosztowały 1500? Nie przypominam sobie, żebym gdzieś tak napisała... Lecieliśmy Swissem, przez Zurich. Nie pamiętam ile kosztowały nasze bilety, bo to nie my za nie płaciliśmy, ale były dużo droższe no i w jedną stronę... Ost. szukałam biletów dla moich Rodziców, i najtańsze połączenia do LA znalazłam za 2200, ale leciało się prawie dobę. Sensowne połączenie (ok. 16h) AirFrancem znalazłam właśnie za 3tys.

    OdpowiedzUsuń
  3. Widzę Spinal Tap, ładnie trafiłeś. Smell the glove Tomi!!!

    OdpowiedzUsuń

Masz coś do dodania? Chcesz o coś zapytać? Będzie nam bardzo miło, jeśli zechcesz skomentować nasz wpis:)

Prawa autorskie

Fotografie i teksty zamieszczone na tym blogu są naszą własnością. Wszelkie kopiowanie, powielanie i publikowanie może odbyć się wyłącznie za naszą zgodą. Chcesz wykorzystać naszą pracę- skontaktuj się z nami: zawszewdrodze@gmail.com