16.03.2011

Spotkanie z Pierwszą Damą - pierwsze wrażenia z New York City

Ponieważ nie opisywałem moich poczynań na bieżąco, postanowiłem sięgnąć pamięcią wstecz do mojego pierwszego zetknięcia z Nowym Jorkiem…


Zacznę od samego początku „wycieczki” do USA, czyli od Nowego Yorku… Po 11 godzinnym locie, miękko wylądowałem na JFK. Gdyby wielkość lotnisk mierzyć w długości sznurka żółtych taksówek, to JFK byłoby chyba największe na świecie. Przez salę przylotów w ciągu 15 minut przewinęło się tyle narodowości ile prawdopodobnie przez Okęcie przelatuje w trakcie miesiąca. Niestety naszym (moim i kolegi) celem nie był Manhattan lub Brooklyn, ale Parsippany w sąsiednim stanie New Jersey. Zamiast wskoczyć do jednej z legendarnych żółtych taksówek, które ograniczają się do przemieszczania po NYC, trzeba było skorzystać z tzw. Car Service. Wychodząc z lotniska, wydaje się, iż wszyscy taksówkarze pochodzą z naszych ukochanych Indii… Są równie napastliwi, ale wygląd mają, powiedzmy, bardziej „zachodni”. Okazuje się, iż wszyscy posiadają magiczne książeczki, które wskazują na z góry określoną cenę, z danego lotniska do miejsca docelowego. Wybieramy w końcu najmniej narzucającego się Indusa… Ubrany w garnitur, okulary od DG, wyglancowane lakiery i śnieżnobiałą koszulę, prowadzi nas do czarnego lincolna sedana, który jest czołowym modelem taxi w większości miejsc, jakie do dziś odwiedziłem na tym kontynencie…
Nowy Jork to miejsce, które skalą wszystkiego, zwala z nóg. W centrum spędziliśmy uroczą godzinkę stojąc w korkach, dowiadując się od kierowcy, jaka to ekonomia jest zła, jak jest ciężko (5 dzieci, w tym dwoje na płatnych studiach, okulary od DG, Blackberry na pokładzie). Była to jednak podróż przyjemna, z gębą przyklejoną do szyby, a nogami wyciągniętymi wygodnie na tylnym siedzeniu lincolna (miejsca jest więcej niż w większości europejskich aut z przodu).
Ilość sklepików, ciekawie wyglądających zakamarków i uliczek, kawiarenek, później upscale Manhattan ze swoją 5th Avenue i Broadway zdecydowanie zaostrzyły mój apetyt na ponowną wizytę.
3-go dnia szkolenia, gospodarze zorganizowali nam wieczorny wypad z Parsippany do NYC, a właściwie rejs po Hudson River (granica między New Jersey i New York City). Światła Manhattanu odbijające się w lustrze wody to wręcz pocztówkowy widok… A po jakiejś godzinie bujania, spotkaliśmy najtwardszą „laskę” w USA… Zgrywa niedostępną i ma stalowe nerwy…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Masz coś do dodania? Chcesz o coś zapytać? Będzie nam bardzo miło, jeśli zechcesz skomentować nasz wpis:)

Prawa autorskie

Fotografie i teksty zamieszczone na tym blogu są naszą własnością. Wszelkie kopiowanie, powielanie i publikowanie może odbyć się wyłącznie za naszą zgodą. Chcesz wykorzystać naszą pracę- skontaktuj się z nami: zawszewdrodze@gmail.com