23.03.2011

Mecz Los Angeles Clippers vs Phoenix Suns 99:108

Znów los się do nas uśmiechnął i Tomi dostał w prezencie dwa bilety na mecz koszykówki. I to nie byle jaki! Bo choć nie jesteśmy wielkimi fanami tego sportu, to jednak co jak co, ale naszego jedynaka w NBA zobaczyć na żywo baaaardzo chcieliśmy. 

Nasi lokalsi - Los Angeles Clippers, podejmowali Phoenix Suns. Jak prawdopodobnie wiecie, Marcin Gortat, "nasz chłopak" z Łodzi gra właśnie w Sunsach i to im kibicowaliśmy. 


Hala w Staples Center jest przeogromna, tzn pewnie jest normalna, ale w porównaniu z naszą łódzką Atlas Areną robi wielkie wrażenie. Podobnie jak ceny za parking pod nią. 20$! OMG! Całe szczęście, wjeżdżając drogą numer 110 od południa, blisko Staples Center, tuż obok under the bridge downtown znaleźliśmy niepozorny parking za piątkę. 
Prawdę mówiąc wcześniej nawet nie przyglądaliśmy się zbytnio naszym biletom, bo wiadomo, darowanemu się nie zagląda. Dopiero w hali, szukając naszego sektora, zobaczyliśmy magiczne 3 literki: VIP. Wskazano nam schody na pięterko, a tam przytulny korytarz i drzwi prowadzące do oddzielnych pokoików... Hmmm... Tego się nie spodziewaliśmy. Plazmowy TV, barowe stołki, skórzane siedzenia, jak mawia Tomi: wyższa pierdolencja. 
Mecz, porównując z naszymi doświadczeniami zdobytymi na meczu hokeja, zdecydowanie bardziej przypominał to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Oczywiście nie obyło się bez gier i zabaw dla publiczności oraz występów cheerleaderek. Czego to dziewczyny nie wyczyniały, jakieś piramidy, powietrzne szpagaty! Tomi raczył zauważyć, że to fajna fucha taki podtrzymywacz cheerleaderek, bo i za pupę można złapać, a to za nóżkę przytrzymać...             Podsumowując, Phoenix Suns mecz wygrało, Gortat nie wyszedł w pierwszym składzie, ale pograł całkiem sporo i co najważniejsze, zdobył 17 punktów. A koledzy z Tomka pracy nauczyli się, jak poprawnie wymawiać Marcin:)


Nasz człowiek w NBA


Tomi & Jason (once again, thx for the tickets). I "nasz" vip-room

 W przerwie

Żeby nie było, w Kalifornii też czasem słońce, czasem deszcz.

5 komentarzy:

  1. Robi wrażenie :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Miałaś rację - w Stanach wszystko musi być największe!

    PS. Pomyśleć, że ja też kiedyś pomponami machałam na Polfie:))))


    Całusy
    3M

    OdpowiedzUsuń
  3. Hehe,'naszego' Marcinka poznałam,jak przychodził zeszłego lata strzyc bródkę do tesco:)I nawet pączki nam przynosił:) Ech...
    Pozdr, Dadi

    OdpowiedzUsuń
  4. Wygląda na przesympatycznego człowieka!

    OdpowiedzUsuń

Masz coś do dodania? Chcesz o coś zapytać? Będzie nam bardzo miło, jeśli zechcesz skomentować nasz wpis:)

Prawa autorskie

Fotografie i teksty zamieszczone na tym blogu są naszą własnością. Wszelkie kopiowanie, powielanie i publikowanie może odbyć się wyłącznie za naszą zgodą. Chcesz wykorzystać naszą pracę- skontaktuj się z nami: zawszewdrodze@gmail.com